Zagle.se.pl » Aktualności » Grzegorz Węgrzyn płynie do Chile... ale statkiem!

Grzegorz Węgrzyn płynie do Chile... ale statkiem!

Grzegorz Węgrzyn
Żeglarz nie chciał takiego finału swej wokółziemskiej epopei, ale musiał przerwać rejs. Dziś znamy kulisy wydarzeń na Oceanie Spokojnym, Grzegorz Węgrzyn twierdzi, że jego „Regina R” została staranowana przy próbie wzięcia na hol.

Przez kilka świątecznych dni my w Szczecinie i cały świat żeglarski – via Internet – śledziliśmy akcję ratunkową na otwartym Pacyfiku, ok. 1.600 mil morskich na wschód od Nowej Zelandii, w warunkach sztormowych, gdzie ostatecznie podjęty został na pokład statku handlowego nasz samotnik Grzegorz Węgrzyn, a opuszczony przez niego jacht nadal tam dryfuje. Na podstawie napływających przez trzy dni informacji medialnych – w dn. 15-17 bm. - przygotowałem już poniższą w miarę pełną relację o całym wydarzeniu, wraz  z nasuwającymi się po doniesieniach nowozelandzkich służb ratowniczych bardziej ogólnymi refleksjami. Dzień później – 18 bm., już z pokładu statku – otrzymaliśmy krótką refleksję samego Grzegorza i jego punkt widzenia na działania podjęte przez kapitana statku, znacznie różniący się od relacji służb nowozelandzkich. Wynika z jego wpisu, że nie tylko robiono mu nadzieję na holowanie jachtu, ale nawet podjęto taką próbę, w efekcie której jacht został  poważnie uszkodzony, co ostatecznie wg niego rozwiało nadzieję na opanowanie sytuacji? Doniesienia nowozelandzkie nic nie mówiły o tej nieudanej próbie podejścia statku do jachtu i podania holu.

Opis rejsu i akcji ratunkowej, z doniesień do dn. 17 kwietnia 2017 r.

Dwa lata temu, w czerwcu 2015 r., Grzegorz Węgrzyn – 64 lat -  ruszył z kraju na wokółziemską pętlę, w stylu Henryka Jaskóły, czyli z zamiarem samotnego opłynięcia świata non-stop (bez zwijania do portów!), trasą Szczecin-Szczecin, nawet z optymistyczną chęcią dokonania tego w czasie poniżej trzystu dni, czyli krótszym niż Jaskóła. Jego ambitne plany od początku budziły kontrowersje w żeglarskim środowisku, gdyż co prawda jest doświadczonym żeglarzem, właścicielem morskiego jachtu „Regina R.”, ale praktycznie nie sprawdził się wcześniej w samotnych morskich rejsach, jest zresztą mało znany jako żeglarz nie tylko w kraju, ale nawet w Szczecinie, czy w rodzinnym Gryfinie. Może po prostu nie jest celebrytą, nie zabiega o sławę, chciał się sprawdzić w samotnym wokółziemskim rejsie?

Tak nawet zapowiadał wcześniej: "Mam wolę płynąć i płynę. To jeszcze nie jest moja wyprawa życia, ani moje ostatnie słowo w żeglarstwie. Moim marzeniem jest "zawiązanie kokardki na Ziemi", czyli potem powtórne opłynięcie globu, ale w odwrotną stronę!...”

Neptun miał jednak dla Grzegorza swoje plany. Jego kłopoty zaczęły się już na środkowym Atlantyku, gdy podczas sztormu nie tylko został ranny, ale też wysiadła nawigacja satelitarna, co zmusiło go do nieplanowanego wejścia do portu Santiago, na Wyspach Zielonego Przylądka Tam jednak nie poddał się, po usunięciu awarii i po przezimowaniu donosił w listopadzie 2016: "Ahoj przyjaciele! Chcę się z Wami podzielić ostatnimi przemyśleniami. Chcę ratować mój rejs non-stop. Nie będzie to już Szczecin-Szczecin, ale Santiago-Santiago (…). Za dużo ludzi jest zaangażowanych w organizację rejsu, żeby teraz odpuścić…”. 

Na temat:

Nie odpuścił, ruszył dalej, dzięki pomocy wielu ludzi dobrej woli…Tak było też później, gdyż kolejne sztormy, problemy finansowe, brak prowiantu, i inne kłopoty nadal go prześladowały, stąd znowu zmiany planów i zawinięcia do portów – do Kapsztadu, potem na Australii i w Nowej Zelandii, co relacjonowały sporadycznie także media krajowe czy światowe, i o czym też pisałem na stronach ZOZŻ i „Żagli”. Powtórzę tu, że uparty Grzegorz praktycznie od początku płynął w stylu niegdysiejszych samotników, bez stałego satelitarnego kontaktu ze światem, gdy więc znikał gdzieś za horyzontem po jednej stronie oceanu, to po miesiącach pojawiał się dopiero po jego przepłynięciu, w kolejnym porcie, już po drugiej stronie… Tak było właśnie z przejściem Oceanu Indyjskiego, kiedy po długiej „ciszy” został już uznany za zaginionego, ale odnalazł się w …Australii. Te kolejne etapy jego rejsu, czyli Santiago – Kapsztad – Australia – Nowa Zelandia, stały się zresztą możliwe nie tylko dzięki jego determinacji, ale też dzięki technicznej, praktycznej i finansowej pomocy miejscowej i międzynarodowej braci żeglarskiej, szczególnie tamtejszych żeglarzy Polonusów – z RPA, Australii i Nowej Zelandii, takich jak Tom Koprowski z Australii, czy Kazik Jasica z Nowej Zelandii, i wielu innych. To dzięki nim Grzegorz w marcu br. wyruszył z Nowej Zelandii dalej, w stronę Hornu.

W kraju i na świecie celebrowaliśmy Święta Wielkiej Nocy, gdy w eterze – w WielkiPiątek – pojawił się sygnał May Day, nadawany przez automatyczną radiopławę z otwartego Pacyfiku, z rejonu Wysp Chatham, około 2.700 km na wschód od Nowej Zelandii. Nowozelandzkie służby SAR (ratownictwa morskiego) wysłały więc w ten rejon samolot NZDF "Orion", który namierzył tam i znalazł dryfującą bezwładnie na otwartym oceanie "Reginę R" (na zdjęciu). Grzegorz szczęśliwie był na jachcie cały i zdrowy, miał prowiant, jachtowi w zasadzie nie groziło zatonięcie, chociaż w trudnych warunkach pogodowych, przy wietrze do 25 węzłów i wysokich trzymetrowych falach, stracił ster, co uniemożliwiała dalszą żeglugę. Samolot wielokrotnie okrążył jacht, ale miał kłopoty z nawiązaniem komunikacji radiowej z Grzegorzem, dodatkowo słabo znającym angielski. Samolot zawrócił więc do bazy (kolejne prawie pięć godzin powrotnego lotu!), wcześniej kierując na pomoc najbliższy przepływając tam wtedy statek handlowy - „Key Opus”, który dotarł do ”Reginy R.” w Wielką Sobotę po popołudniu, by zgodnie z prawem morskim ratować naszego rozbitka. Grzegorz jednak – wg nowozelandzkich doniesień -  „nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, w której się znalazł”, i  nie chciał opuścić i porzucić jachtu, chociaż  nie wchodziła wtedy w rachubę ani naprawa jachtu na środku wzburzonego oceanu, ani jego  holowanie bądź podjęcie na pokład statku.  Tylko wyjątkowo  – w przypadku małych jachtów i przy spokojnym morzu – jest to czasem możliwe. Rejon, w którym zdarzyła się awaria Grzegorza, to jednak słynne „ryczące czterdziestki”, pogoda tam jest nieprzewidywalna, często sztormowa, stąd też dalsze dryfowanie jachtu po bezkresach południowego Pacyfiku było krańcowo niebezpieczne. Na szczęście kapitan statku czekał nadal na decyzję Grzegorza, pozostając w pobliżu…

Sytuacja zmieniła się dopiero po konsultacjach lądowych, m.in. ze znanym tamtejszym  polonijnym  żeglarzem Kazimierzem Jasicą, który przed laty pomagał Ludkowi Mączce, a teraz także Grzegorzowi, przed jego wypłynięciem z Nowej Zelandii. Ostatecznie "Orion" poleciał po raz drugi na miejsce awarii jachtu, z misją ... „perswazyjną”, zabierając jako mediatora i tłumacza  właśnie Kazika, by to on  przekonał  Grzegorza do opuszczenia jachtu i przejścia na pokład statku. Rozmowa radiowa ze zrozpaczonym żeglarzem – po udanym zrzuceniu z samolotu lepszej UKF-ki - nie była łatwa. Kazik jako żeglarz doskonale rozumiał dramat Grzegorza i ból związany z utratą jachtu, ale wreszcie namówił go, by zostawił bezradną „Reginę R.” i  przesiadł się na statek, zabierając tylko najcenniejsze przedmioty i dokumenty. Tak też się stało, samolot wrócił do Auckland, statek płynie w stronę Chile, gdzie spodziewany jest z początkiem maja. Polskie służby dyplomatyczne w Chile zostały już o tym poinformowane. Sam jacht dryfuje  nadal na Pacyfiku, i uznawany jest od tej pory za porzucony mały wrak, stanowiący potencjalne zagrożenie dla żeglugi, o czym nowozelandzkie służby wszystkich zawiadomiły. Być może Grzegorz po cichu liczy na to, że łaskawy Neptun bezpiecznie wyrzuci kiedyś jego jacht na jakąś plażę, gdzie zostanie cało znaleziony? Szanse na to są raczej zerowe, ale na morzu wszystko jest możliwe…

Tak więc Grzegorz wraca, ale jego wokółziemska epopeja nie kończy się tak, jak planował. Neptun – Bóg? – chciał inaczej… No właśnie, prawo morskie dopuszcza działanie „siły wyższej” w przypadku rozpatrywania przed Izbami Morskimi takich i innych wypadków i katastrof na morzach, kiedy na błędy kapitana czy załogi nakładają się też takie niezależne od nich inne zewnętrzne czynniki, jak huragany, cyklony,  tsunami, itp. Na ile na takie a nie inne zakończenie rejsu Grzegorza miał jednak wpływ tzw. ślepy los – siła wyższa, Bóg, Neptun? -  a na ile raczej brawura i lekkomyślność samego żeglarza? Tak czy inaczej już teraz jego rejs zapisuję się „podręcznikowo” w kronikach naszego krajowego i światowego żeglarstwa, z jednej strony jako ostrzeżenie dla innych, z drugiej jako przykład solidarności światowej rodziny ludzi morza. Pozostaje jednak pytanie, czy samotny żeglarz może na nią zawsze liczyć, nie nadużywając jej równocześnie, nie tylko w sytuacji zagrożenia życia jego i jachtu, ale i wcześniej, w trakcie zbyt optymistycznie rozpoczętego wielkiego rejsu, a potem jego kontynuowanego tylko dzięki takiej bezinteresownej pomocy z zewnątrz? No właśnie?

Dodam jeszcze, że wszystkie powyższe relacje docierały do nas  jak zwykle na bieżąco, głównie za pośrednictwem naszego znanego  kapitana Wojtka Jacobsona, laureata niedawnej głównej Szczecińskiej Nagrody Żeglarskiej 2016 im. Ludomira Mączki, a nadsyłali je też wymienieni poniżej i inni żeglarze polonijni. Kazik Jasica podkreślał ponadto, że jego udział w akcji ratunkowej był niecodziennym doświadczeniem i przeżyciem, kiedy podziwiał też profesjonalizm załogi samolotu „Orion”, której członkiem stał się podczas akcji. Kazik Jasica od lat mieszka w Aucland, od niedawna jest na emeryturze, jest prezesem POLANZ (Polish - NZ Business Association).

DOŁĄCZ DO NEWSLETTERA - NAJCIEKAWSZE INFORMACJE DOSTANIESZ OD NAS MAILOWO

udostępnij
udostępnij
udostępnij
wydrukuj
Żagle.tv YouTube
Ankieta mariny 2015
Subskrybuj newsletter
Sonda
Czy w 2017 roku planujesz?